Rozdział 97 Dziewięćdziesiąt siedem

Kennedy obudził się przed budzikiem.

Przez kilka sekund nie pamiętał, gdzie jest. Sufit nad nim był obcy — zbyt biały, zbyt gładki, bez ledwie widocznej rysy w rogu, w którą zwykł się wpatrywać w swojej sypialni w domu matki. Dopiero przytłumiony szum hotelowej klimatyzacji sprowadził go na ziemię....

Zaloguj się i kontynuuj czytanie