Rozdział 6

Emma

[Dwa tygodnie wcześniej]

Roberts, z twarzą służbowo obojętną, ale spojrzeniem pełnym współczucia, skinął na mnie, żebym poszła za nim. Kiedy wychodziliśmy, usłyszałam, jak głos Elizabeth przechodzi w poufny szept:

– Lucy, kochanie, zostawiłam twój stary pokój dokładnie takim, jak był. Te wszystkie wakacje, które tu spędzałaś z Noah...

Żołądek ścisnął mi się tak gwałtownie, że aż zrobiło mi się niedobrze. Prawie się zgięłam w pół z bólu, zmuszając się jednak, żeby iść dalej z podniesioną głową, chociaż przed oczami miałam już mroczki.

Szłam za Robertsem przez labirynt korytarzy w rezydencji Yorków, każdy krok prowadził mnie dalej od centrum domu, dalej od czegokolwiek, co choć trochę przypominałoby poczucie, że jestem u siebie. To nie był pierwszy raz, kiedy zesłano mnie do wschodniego skrzydła. Elizabeth od pierwszego dnia jasno dała mi do zrozumienia, że nie jestem mile widziana w tym, co uważała za prawdziwe życie swojego syna.

Pokój gościnny był nieskazitelny, ale lodowaty – jak wszystko w tym domu. Idealnie urządzony, kompletnie pozbawiony ciepła. Usiadłam na brzegu łóżka, całe ciało trzęsło mi się tak mocno, że ledwo utrzymywałam się w pozycji siedzącej.

– Czy będzie pani czegoś jeszcze potrzebowała, pani York? – spytał cicho Roberts.

Pokręciłam głową, nie ufając własnemu głosowi. Gdy wyszedł, podciągnęłam kolana pod brodę, wbijając palce w uda tak mocno, że na pewno zostaną ślady. Nie będę, kurwa, płakać. Nie tutaj. Nie tam, gdzie Elizabeth albo Lucy mogłyby mieć satysfakcję, że to widzą.

Przez uchylone drzwi doleciały do mnie głosy z reprezentacyjnego holu na dole – ten charakterystyczny, wyrobiony ton Elizabeth, a potem nie do pomylenia elektroniczny sygnał dzwoniącego telefonu.

– Noah, kochanie! – głos Elizabeth poniósł się po klatce schodowej. – Emma? Och, ona odpoczywa… Tak, powiem jej o raportach kwartalnych, jak się obudzi…

Podkradłam się do drzwi, serce miałam w gardle. Nasłuchiwałam jeszcze uważniej.

– …Nie, nie może teraz podejść do telefonu… Może poproszę Lucy, żeby przywiozła ci te dokumenty? I tak właśnie miała jechać do miasta…

Żołądek ścisnął mi się boleśnie. Idealnie po prostu, kurwa. Nóż wbity jeszcze głębiej.

– Wiesz, Noah – ciągnęła Elizabeth, a jej głos złagodniał w ten sposób, który zachowywała tylko dla syna i Lucy – gdyby Lucy wtedy nie wyjechała za granicę za karierą… Wy dwoje zawsze byliście tacy idealni razem.

Chwila ciszy.

– Wciąż mam nadzieję, że kiedyś dasz tej rodzinie dziecko z talentem muzycznym! Geny Lucy i żyłka do interesów rodu Yorków – wyobraź sobie, jakie to byłoby połączenie!

Osunęłam się z powrotem na łóżko, nogi nagle odmówiły mi posłuszeństwa. Oddychałam płytko, urywanymi haustami, wciskając drżącą dłoń w usta, żeby stłumić szloch. Ściany tego zimnego, okazałego domu, z tym całym swoim blichtrem, zaczęły się jakby zacieśniać, przygniatając mnie ciężarem rzeczywistości, którą tak usilnie próbowałam ignorować: nigdy tu nie pasowałam. I nigdy nie będę.

Noah

Przeglądałem propozycje przejęć, kiedy Parker, mój asystent, zapukał do drzwi gabinetu.

– Proszę? – rzuciłem bez podnoszenia wzroku.

– Proszę pana, ktoś do pana przyszedł. Mówi, że ma raporty, o które pan prosił.

Nie spojrzałem nawet na drzwi, zacisnąłem tylko mocniej szczękę, zirytowany, że ktoś mi przerywa.

– Niech Emma wejdzie.

– To… nie pani York, proszę pana.

To już przykuło moją uwagę. Podniosłem wzrok, a moja twarz automatycznie przybrała ten twardy, nieprzenikniony wyraz, który dopracowywałem przez lata negocjacji. Do biura właśnie wpłynęła Lucy – w drogich okularach przeciwsłonecznych zsuniętych na czubek głowy, z manilową teczką zaciśniętą w wypielęgnowanych dłoniach. Na jej twarzy malował się wyćwiczony luz, który jednak nie do końca potrafił ukryć czającą się pod spodem niecierpliwą ekscytację.

– Niespodzianka – powiedziała cicho, zsuwając okulary przeciwsłoneczne z przesadnym gestem.

– Lucy. – Utrzymałem głos w idealnej neutralności, choć palce zacisnęły mi się na długopisie tak mocno, że aż zbielały kostki. – Nie spodziewałem się ciebie.

– To widać. – Uśmiechnęła się olśniewająco, jak zawsze. – Parker mówił, że Emma miała podrzucić te papiery, ale rozbolała ją głowa i nie chciało jej się jechać. Zgłosiłam się na ochotnika.

Zlustrowałem jej twarz, mrużąc oczy tak ledwo zauważalnie, że pewnie nawet by tego nie wyłapała. Lucy zawsze była świetną kłamczuchą – ta umiejętność nie raz ratowała jej tyłek w pracy – ale ja nauczyłem się czytać drobne sygnały wokół jej oczu. Żuchwa mi drgnęła, gdy zaciskałem zęby, próbując przytrzymać w ryzach narastającą wściekłość.

– Co się stało z twoją ręką? – zapytałem lodowato, zauważając czerwone ślady na jej smukłych palcach.

Lucy spojrzała w dół, a jej twarz przybrała wyraz dzielnie znoszonego cierpienia.

– Och, nic takiego. Mały wypadek z gorącą herbatą…

Niedopowiedzenie zawisło w powietrzu, aż nazbyt czytelne. Poczułem, jak przyspiesza mi puls, a mięsień w szczęce zaczął nerwowo pracować.

Sprawdziłem godzinę na zegarku – ostentacyjnie, jasno dając jej do zrozumienia, jak niski ma dla mnie priorytet.

– Czekają na mnie inwestorzy. Mogę ich przesunąć o trzydzieści minut – powiedziałem suchym, przyciętym tonem.

Jej twarz rozjaśniła się nagłą nadzieją.

– Byłoby cudownie, Noah. Tęskniłam za tobą. Jest tyle rzeczy, które chcę ci wyjaśnić o tym, co stało się w Dolinie Krzemowej – dlaczego musiałam wyjechać w taki sposób…

– Nie. – Przerwałem jej ostro, mój głos zabrzmiał twardszym tonem, niż planowałem, a spod szczelnej kontroli wymknęła się ostra nuta gniewu. – To było, kurwa, wieki temu.

Między nami zapadła niezręczna cisza. Lucy zaczęła nerwowo szarpać pasek torebki, gest tak kompletnie do niej niepodobny, że na moment wytrącił mnie z równowagi.

– Parker – zawołałem ostrzej, nie odrywając od niej wzroku. – Przyniósłby pan coś do picia dla pani Manning? Pewnie ma niezłego jet laga po tym swoim europejskim tournee.

Parker pojawił się natychmiast.

– Oczywiście, proszę pana. Kawa? Herbata?

– Mieszanka specjalna – odparłem znacząco, z twarzą zimną jak lód. – Na jet lag.

Uśmiech Lucy wrócił – ciepły, wdzięczny.

– Pamiętasz, jak strasznie znoszę zmianę stref czasowych. Zawsze się mną opiekujesz, Noah.

Kiedy Parker wrócił z parującą filiżanką, Lucy upiła spory łyk, jakby rozkoszując się tym, co uznała za dowód na to, że wciąż mi na niej zależy. Patrzyłem na nią, twarz miałem zupełnie bez wyrazu, choć pod biurkiem prawa dłoń zacisnęła mi się w twardą pięść.

Gdy wychodziła z mojego gabinetu, śledziłem jej oddalającą się sylwetkę przez szklane ściany. W chwili, gdy zniknęła mi z pola widzenia, moje rysy ściemniały, jakby ktoś zgasił światło. Parker podszedł do biurka, odzywając się dyskretnie, obniżonym głosem.

– Proszę pana, jeśli chodzi o… dodatek do herbaty pani Manning. Mogę zapytać, dlaczego zażyczył pan sobie środek antykoncepcyjny awaryjny?

Odwróciłem się z powrotem do ekranu, twarz miałem absolutnie nieprzeniknioną, tylko palec agresywnie wystukiwał coś na klawiaturze.

– Nasz dział ochrony potwierdził, że Lucy odwiedziła wczoraj ten hotel. Sprawdziła numer mojego pokoju.

Brwi Parkera drgnęły lekko w górę.

– Myśli pan, że ona chciała…

– Nie mogę ryzykować, że zajdzie w ciążę – powiedziałem płasko, szeptem, w którym pobrzmiewała groźna ostrość. – Nie teraz. Nigdy. To byłaby, kurwa, katastrofa.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział