Rozdział 5
Perspektywa Iris
– Masz w sobie jeszcze jakikolwiek wilczy honor? – głos Williama huknął po korytarzu tak, że zamarłam w pół kroku.
Oparłam się o ścianę, szukając podparcia, brzuch dalej mnie palił po wizycie w szpitalu. Przed chwilą widziałam, jak William praktycznie zaciągnął Sebastiena do swojego gabinetu, nawet przekręcił klucz w zamku. Ale Sebastien, jak to Sebastien, po prostu wykopał drzwi z zawiasów swoją alfową siłą i wyszedł jak burza.
– Mów, co chcesz – jego lodowaty głos doleciał do mnie z wnętrza pokoju.
Przełknęłam ślinę, czując w ustach gorzki posmak. W jego oczach nie byłam nawet warta wyjaśnień. Nie powinnam się dziwić – przecież nawet nie dokończyliśmy właściwego rytuału naznaczenia. Para wilków z nas jak z koziej dupy trąba.
Kiedy William znów warknął, zatrzęsła się cała rezydencja. Jego alfowa aura przeszyła powietrze jak piorun, a moja wilczyca aż zawyła w środku, każąc mi albo się podporządkować, albo uciekać.
– Myślisz, że nie wiem, co się stało? Zostawiłeś ją samą w szpitalu, a potem wracasz i mówisz mi, że „nie ma o czym gadać”? – zawył.
Nie mogłam już tego słuchać. Sama myśl, że oni dwaj – najbliższa mi rodzina w stadzie – mogą się porządnie poróżnić przeze mnie, była nie do zniesienia. Odepchnęłam się od ściany i ruszyłam w stronę gabinetu, nogi dalej miałam jak z waty po pobycie w szpitalu.
Obaj odwrócili się, gdy weszłam do środka. W oczach Williama od razu pojawiło się zmartwienie, podczas gdy spojrzenie Sebastiena pozostało lodowate.
– Dziadku – odezwałam się cicho, walcząc z kolejną falą bólu brzucha. – To tylko moja gastritis się odezwała. Sebastien zabrał mnie do szpitala właśnie z tego powodu.
William podszedł do mnie, jego spracowana dłoń delikatnie spoczęła na moim ramieniu.
– Dziecko, ty powinnaś leżeć, a nie łazić.
– Nic mi nie jest – wydusiłam uśmiech. – Lekarz powiedział, że to zwykłe zapalenie żołądka.
Sebastien odwrócił się bez słowa, kierując się do wyjścia.
– Sebastien! – głos Williama zabrzmiał komendą nie do podważenia, czystą alfową rozkazującą nutą. – Wróć tu!
Wstrzymałam oddech, kiedy Sebastien po prostu szedł dalej, całkowicie ignorując bezpośredni rozkaz Alfy – jedno z największych braków szacunku w naszym wilczym świecie.
– Zamknąć teren – rzucił William do strażników. – Nigdzie nie wyjeżdża!
Serce zaczęło mi walić jak oszalałe. Z sekundy na sekundę wszystko szło w coraz gorszą stronę. Ostatnie, czego chciałam, to doprowadzić do konfliktu, który mógłby rozchwiać całe stado.
– Proszę, nie rób tego, dziadku – ścisnęłam jego dłoń, wyciągając z siebie najjaśniejszy, najbardziej sztuczny uśmiech, na jaki było mnie stać. – Widzisz? Już jest ze mną dobrze. Lekarz mówił, że potrzebuję tylko leków i odpoczynku.
Czego nie powiedziałam: Proszę, nie kłóć się z nim przeze mnie.
Sebastien zatrzymał się w progu, odwracając głowę. Nasze spojrzenia spotkały się przez pokój, a pogarda w jego oczach uderzyła mnie jak fizyczny cios. Doskonale wiedziałam, co sobie myśli – że podlizuję się Williamowi, żeby utrzymać swoją pozycję w stadzie. Boże, gdyby tylko wiedział o dzieciach rosnących we mnie… co by wtedy pomyślał?
Poranne światło sączyło się przez zasłony, ogrzewając mi twarz. Odruchowo sięgnęłam ręką na drugą stronę łóżka, znajdując tylko zimną pościel. Jedynie ulotny zapach Alfy na poduszce świadczył o tym, że Sebastien w ogóle tu był.
Przypomniałam sobie, jak wrócił do naszego pokoju wczoraj w nocy. Ani razu nie spojrzał w moją stronę, cały czas odwrócony plecami, milczący, jakbym była powietrzem. Kolejna noc w naszym małżeństwie na pokaz.
Po kilku minutach gapienia się w sufit sięgnęłam po telefon. Palce zawisły nad ekranem. W końcu napisałam: Chodźmy dziś złożyć papiery rozwodowe.
Zawahałam się, zanim wcisnęłam „wyślij”. Skoro tak nienawidzi bycia moim wilczym partnerem, po co to dalej ciągnąć? Polityczne małżeństwo bez krzty serca. A co będzie z dziećmi… jakoś sobie poradzę.
Wyślij.
Status wiadomości: odczytane. Odpowiedź: żadna.
Przeciągnęłam się przez poranną rutynę, krok po kroku, jakbym szła po grząskim piasku. Ubrałam się tak, żeby nic dodatkowo nie drażniło mi wrażliwego żołądka. Przy obiedzie usiadłam naprzeciwko Williama, skupiając się na tym, żeby utrzymać niewzruszony wyraz twarzy i stłumić falę porannych mdłości, która uporczywie podchodziła mi do gardła.
– Jak tam z Sebastienem? – spytał William, a w jego oczach zapaliła się iskierka nadziei. – Rozmawialiście wczoraj?
– Świetnie – skłamałam, czując do siebie obrzydzenie. – Właśnie dzisiaj wychodzimy razem.
Twarz Williama aż rozjaśniła się z radości.
– Cudownie! Musicie mieć trochę czasu tylko dla siebie.
Żołądek zwinął mi się w supeł z poczucia winy. Przez okno patrzyłam, jak jasne niebo nagle zasnuwa się ciężkimi, burzowymi chmurami. Idealne odbicie mojego nastroju.
Pakowałam małą torbę, kiedy usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi. Sebastien stał w progu, w nieskazitelnym garniturze, jakby wybierał się na ważne spotkanie w korpo, a nie na sprawę rozwodową.
Chłód znowu wrócił do jego spojrzenia. Ten cień troski, który widziałam w szpitalu, rozpłynął się bez śladu. Nasz związek był jak kolejka górska, która jedzie tylko w dół.
– Chodźmy – rzucił bezbarwnym tonem.
Skinęłam głową, w milczeniu chwytając torebkę. Przynajmniej mnie nie wystawił.
William uniósł wzrok znad gazety, kiedy przechodziliśmy przez hol. Rozpromienił się na nasz widok, wyraźnie biorąc to za randkę naprawczą, która ma skleić nasze małżeństwo.
– Bawcie się dobrze – zawołał, a w oczach błysnęły mu figlarne iskierki.
Wymusiłam uśmiech, a poczucie winy przygniotło mnie jak betonowa płyta. – Wrócimy później, dziadku. – Gdyby wiedział, dokąd naprawdę jedziemy, jak bardzo by go to złamało?
Cisza w samochodzie była dusząca. Deszcz bębnił w szyby, a ja gapiłam się na rozmazany świat za oknem. Słowa rodziły się i umierały mi w gardle. Zresztą… co niby miałabym powiedzieć?
Nie mogłam przestać myśleć o naszym ślubie. O słońcu, o wymyślnej sukni, o wszystkich tych gratulacjach i uśmiechach. Cała ta oprawa dla małżeństwa, które od początku było puste w środku. Nigdy nie dopełniliśmy prawdziwego rytuału Znamienia, nawet nie mieliśmy takiego zamiaru.
Nie było radości na początku, nie będzie żalu na końcu – pomyślałam z goryczą, przerabiając w głowie stare porzekadło.
Biuro Spraw Wilczych było prawie puste, kiedy dotarliśmy na miejsce. Sebastien poprowadził mnie prosto do działu obsługi, omijając kolejkę – jeden z wielu przywilejów bycia Greyem.
Palce lekko mi drżały, kiedy wypełniałam formularz. Ten jeden kawałek papieru miał uruchomić nasz Okres Ochłonięcia na Pełen Cykl Księżyca – obowiązkowe dwadzieścia osiem dni czekania, zanim rozwód wilków może zostać sfinalizowany.
– Musicie odczekać pełen cykl księżycowy – wyrecytowała urzędniczka, mechanicznie, jakby mówiła to setny raz dzisiaj. – Po dwudziestu ośmiu dniach, jeśli obie strony nadal będą chciały kontynuować, będziecie mogli podpisać dokumenty końcowe.
Kiwnęłam głową, ale w myślach prychnęłam: Po co okres ochłonięcia dla małżeństwa, którego tak naprawdę nigdy nie było?
Kiedy skończyliśmy z papierami, Sebastien rzucił okiem na zegarek. – Mam sprawy stada. Wrócisz sama. – Nawet na mnie nie spojrzał. Odwrócił się i odszedł, zostawiając mnie tam jak nic nieznaczący szczegół, podczas gdy deszcz zaczął lać jeszcze mocniej.
Żołądek ścisnął mi się boleśnie, aż musiałam kucnąć i skupić się na oddychaniu. Deszcz przemoczył mnie do suchej nitki, ale prawie nie czułam zimna. Miałam ochotę się roześmiać – takim pustym, szorstkim śmiechem. Nawet nie chciało mu się odwieźć mnie do domu.
Wzięłam taksówkę na kampus, docierając całkowicie przemoczona. W łazience zwymiotowałam wszystko, co miałam w żołądku – podwójne uderzenie porannych mdłości i zapalenia błony śluzowej żołądka zostawiło mnie słabą i trzęsącą się.
W lustrze ledwo poznawałam bladą kobietę patrzącą na mnie z drugiej strony. Umyłam twarz i doprowadziłam się do względnego porządku. Miałam umówione spotkanie z promotorką pracy magisterskiej i nie chciałam, żeby widziała, w jakim naprawdę jestem stanie.
– Iris, wreszcie jesteś! – Promotorka powitała mnie entuzjastycznie. – Pamiętasz, jak pokazywałam twoje portfolio mojemu znajomemu? Zaproponował ci staż. – Ściszyła głos: – On też jest jednym z nas. – Delikatna sugestia, że też jest wilkiem.
– Kto? – zapytałam, szczerze zaskoczona.
– Marcus Foster – odparła, a w jej oczach zapalił się błyszczący zachwyt. – Ten projektant biżuterii. Był niesamowicie pod wrażeniem twoich prac i chce cię w swoim studiu. To rzadka okazja, Iris.
Malutka iskierka nadziei zapłonęła mi w piersi. Marcus Foster był legendą w świecie designu – praca w jego pracowni była marzeniem większości studentów.
Przyjmując od niej jego wizytówkę, złożyłam sobie w duchu cichą obietnicę: już nigdy więcej nie będę zależna od rodziny Greyów. Zbuduję swoją przyszłość sama, i w świecie ludzi, i w świecie wilków, tylko na własnych umiejętnościach. O dzieciach powiem Sebastienowi kiedyś, ale niezależnie od tego, co wybierze, dam temu dziecku – i sobie – życie z godnością.
– Dziękuję, pani profesor – powiedziałam szczerze, a w moich oczach rozpacz zaczęła ustępować miejsca determinacji. – Nie zawiodę pani.
Po raz pierwszy zobaczyłam przed sobą jakieś możliwości na życie po Sebastienie.
Przyszłam do restauracji wcześniej, wybrałam ustronną lożę i zamówiłam coś lekkostrawnego. Teraz musiałam uważać nie tylko ze względu na mój żołądek, ale też przez małe życie, które we mnie rosło.
Rachel wpadła do środka jak huragan. Jako jedna z nielicznych ludzi, którzy wiedzieli o wilkach, nie miała najmniejszych oporów, żeby mówić wprost.
– Jak możesz tu siedzieć i spokojnie jeść kolację, kiedy fora aż huczą?! – rzuciła na wejściu, zsuwając się na siedzenie naprzeciwko mnie.
– O czym ty mówisz? – zapytałam, kompletnie zbita z tropu.
