Rozdział 2 Rozdział drugi

Znaczy się, nie jestem może najbrzydszą dziewczyną na świecie, ale do supermodelki też mi trochę brakuje. Mam masywne uda, konkretnie zaokrąglony tyłek, spory biust i dość wąskie wcięcie w talii. Moje włosy to w tym momencie taki ciemny, mysi blond, wpadający już wręcz w brąz, a niebieskie oczy absolutnie niczym się nie wyróżniają. Moja cera jest tak blada, że przypominam upiora. W mojej starej budzie nikt nie zwracał na mnie większej uwagi.

Kręcił się koło mnie wprawdzie jeden taki, co wiecznie do mnie zarywał, ale był strasznym dziwakiem i zdecydowanie brakowało mu seksapilu. Za to ci kolesie tutaj mogliby mieć każdą laskę na skinienie palca; wszyscy są świetnie zbudowani, a gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że na bank coś trenują. Po cholerę w ogóle mieliby zawracać sobie głowę kimś takim jak ja?

Ze śmiechem próbuję zmienić temat. – To co chłopaki robicie tu w wolnym czasie, żeby się rozerwać?

Pierwszy odzywa się Logan. – Cóż, tak szczerze, to w tej dziurze wieje sandałem i nie ma nic ciekawego do roboty. Jak pewnie zauważyłaś, miasteczko jest mikroskopijne i po prostu nie ma tu zbytnio gdzie wyjść.

– Nie miałam jeszcze okazji się rozejrzeć. Wprowadziłam się dopiero w weekend. Ale to faktycznie straszna lipa – mówię ze śmiechem.

Jako następny wtrąca się Calvin. – Wszyscy gramy w nogę, z wyjątkiem tego oto frajera – rzuca, klepiąc Aarona w ramię.

Aaron oddaje mu cios w ramię i wybucha śmiechem. – Pierdol się, stary. Jesteście po prostu wkurwieni, że to ja rządzę na boisku do kosza, a wy utknęliście, obmacując się po tyłkach na murawie.

Nie mogę powstrzymać śmiechu, obserwując tę ich całą wymianę zdań. – A więc grasz w kosza? – pytam, chichocząc.

Aaron uśmiecha się do mnie szeroko. – Ta, to o niebo lepsze niż piłka nożna.

Logan przewraca oczami, ale nawet on nie może powstrzymać uśmiechu. – Ale super – rzucam ze śmiechem, podczas gdy chłopaki nadal szturchają się i okładają po ramionach.

Aaron puszcza do mnie oczko. – Będziesz musiała kiedyś wpaść i popatrzeć, jak gram.

– Yyy... niespecjalnie kręci mnie sport. Szczerze mówiąc, nigdy nie byłam zapaloną kibicką – mówię, posyłając mu przepraszający uśmiech.

Calvin wciąga głośno powietrze z udawanym oburzeniem i z dramatycznym gestem kładzie dłoń na piersi. – Zraniłaś mnie do żywego. Teraz to już obowiązkowo musisz przyjść na mój mecz. Pozwól, że zmienię twoje nastawienie.

Reszta chłopaków kiwa potakująco głowami. – No dobra, pomyślę o tym.

Logan uśmiecha się i jak gdyby nigdy nic, kładzie dłoń na moim udzie. – Mam nadzieję, że jednak wpadniesz nas pooglądać.

W brzuchu natychmiast zaczynają mi fruwać motyle i nie jestem w stanie ukryć odwzajemnionego uśmiechu. Jeśli nadal będzie na mnie tak patrzył, to chyba zrobiłabym dla niego wszystko. Reszta drogi do szkoły mija nam na samych żartach i śmiechu.

Kiedy autobus podjeżdża pod budynek, który wygląda jak jakaś wielka stołówka i zatrzymuje się z piskiem opon, nagle ogarnia mnie gigantyczny stres. Nienawidzę bycia „tą nową”. Zwłaszcza że to moja klasa maturalna, w dodatku w samym środku pieprzonego roku szkolnego. Ale moja matka oczywiście nie mogła poczekać ze ślubem z Curtisem. Błagałam ją, żeby wstrzymała się chociaż do mojej matury, żebym nie musiała zmieniać szkoły, ale jak zwykle, jej własne potrzeby wygrały z moimi.

Uczniowie zaczynają gęsiego wysypywać się z autobusu, a ja z ociąganiem podnoszę się z siedzenia. Logan odwraca się w moją stronę. – Gotowa?

Posyłam mu nerwowy uśmiech. – Nie. Tak szczerze, to nienawidzę być szkolnym świeżakiem.

Logan obdarza mnie pokrzepiającym uśmiechem i chwyta mnie za rękę. – Chodź, oprowadzę cię po tych włościach.

Przez ułamek sekundy patrzę w dół na nasze splecione dłonie, po czym znów podnoszę wzrok na jego twarz. Jeszcze nigdy nikt nie był dla mnie aż tak miły pierwszego dnia w nowym miejscu. – Dzięki – mówię, biorąc głęboki wdech i odwzajemniając uśmiech.

– Zbieramy się – rzuca, splatając swoje palce z moimi i delikatnie pociągając mnie w stronę wyjścia z autobusu.

– Muszę najpierw wpaść do sekretariatu – oznajmiam mu, gdy zeskakujemy po schodkach na chodnik.

Kiwa głową. – Zaprowadzę cię. – Reszta chłopaków czeka już na nas przed wejściem na stołówkę. Czuję, jak na twarz występuje mi gorący rumieniec, gdy widzę, że Calvin i Harrison gapią się na nasze złączone dłonie.

– Siema chłopaki, dogonię was później! Muszę pokazać Lilly, gdzie jest sekretariat – rzuca do nich Logan.

Wszyscy potakują i posyłają mi szerokie uśmiechy. – Na razie, Lilly! – odpowiadają niemalże chórem.

– Cześć chłopaki! – Uśmiecham się i macham im na pożegnanie, podczas gdy Logan ciągnie mnie pod górkę, z dala od gwaru stołówki.

Logan ani na moment nie puszcza mojej dłoni. Zmierzamy w stronę potężnego budynku na szczycie wzniesienia. Ignoruje przy tym świdrujące, a czasem wręcz mordercze spojrzenia mijających nas dziewczyn. Uśmiecha się promiennie, jakby cały ten świat i jego zmartwienia w ogóle go nie dotyczyły.

– To jest główny budynek, tu odbywa się większość lekcji – szepcze Logan, pochylając się odrobinę zbyt blisko mojego ucha. – Sekretariat jest na dole.

Sam budynek przypomina jeden ciągnący się w nieskończoność korytarz, po obu stronach gęsto zastawiony rzędami szafek. Monotonię tych blaszanych ścian co jakiś czas przełamują drzwi do niewielkich klas, a po całym korytarzu we wszystkie strony kręci się mnóstwo dzieciaków.

Sekretariat jest dość ciasny; po prawej stronie znajduje się lada, a w głębi widać dwoje drzwi prowadzących do gabinetów dyrekcji. Za biurkiem siedzi starsza kobieta. Na widok Logana jej twarz od razu się rozpromienia.

– Logan. W czym mogę ci pomóc, słoneczko?

– Dzień dobry, pani Smith. To jest Lilly. Nasza nowa uczennica.

Pani Smith obdarza mnie teraz swoim ciepłym, matczynym uśmiechem. – Lilly, jasne, spodziewałam się ciebie, kochana. Twoja mama zdążyła już załatwić całą papierologię. Muszę ci tylko wydać legitymację szkolną i plan lekcji.

– Bardzo dziękuję – odpowiadam z wdzięcznym uśmiechem.

– Logan, kochaniutki, mógłbyś dzisiaj oprowadzić pannę Lilly po szkole? – pyta pani Smith, nawet nie odrywając wzroku od monitora komputera.

Logan posyła jej ten swój powalająco przystojny uśmiech. – Zrobię to z prawdziwą przyjemnością.

– Dziękuję, złote dziecko.

Logan puszcza do mnie oczko, a ja czuję, jak znów pieką mnie policzki. – Dzięki, Logan – mówię, odwzajemniając uśmiech.

Przygotowanie mojej legitymacji i planu lekcji zajmuje pani Smith dosłownie kilka minut. Dziękujemy jej i wychodzimy z powrotem na gwarny korytarz. Powiedziała, że mogę sobie zająć dowolną pustą szafkę. – Masz pojęcie, gdzie w ogóle ostały się jeszcze jakieś wolne szafki? – pytam Logana, czując, jak to wszystko powoli mnie przytłacza.

Logan uśmiecha się szelmowsko i rusza przed siebie. – Zapraszam tędy, milady.

Przewracam oczami, ale ze śmiechem ruszam tuż za nim. Gdzieś pod koniec korytarza Logan szerokim gestem otwiera przede mną jedne z blaszanych drzwiczek. – Proszę bardzo.

– Poszło gładko. Skąd wiedziałeś, że akurat ta jest pusta? – pytam, pakując kilka zeszytów i segregatorów do mojej nowej szafki.

Usta Logana wykrzywia łobuzerski uśmieszek. – Bo moja szafka jest dokładnie obok.

– Załatwiłeś mi szafkę tuż obok swojej? – Mrużę oczy, patrząc na niego z udawanym niedowierzaniem.

– A jakżeby inaczej – przyznaje bez grama skruchy, szeroko się uśmiechając. – A teraz rzućmy okiem na twój plan lekcji.

Z uśmiechem kręcę głową. Sama nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu uśmiechałam się aż tyle razy w ciągu jednego poranka. Mam niesamowitego farta, że wpadłam dziś na Logana.

– Angielski, matma, chemia, hiszpański, okienko na lunch, informatyka, zajęcia świetlicowe i historia powszechna – czyta na głos Logan, analizując moją rozpiskę. – No proszę. Wygląda na to, że z wyjątkiem trzech przedmiotów, resztę lekcji mamy razem.

Poprzedni Rozdział
Następny Rozdział