Rozdział 3 Pijany błąd
Wolałem sennego Quina od prawdziwego Quina. Prawdziwy Quin mnie nienawidził i z całą pewnością był hetero.
Ruchał mnie dalej i uderzał w moją prostatę, wyrywając ze mnie kolejne krzyki. W pewnym momencie wysunął spod mnie poduszkę, obrócił mnie i uniósł mi tyłek w górę. Byłem taaak blisko granicy. Wyciągnąłem rękę do swojego kutasa i zacząłem go masować w rytm jego pchnięć.
Odtrącił mi rękę i sam zaczął mi robić dobrze.
— Ahhh… Mmm…
Poruszał dłonią w tym samym tempie co jego twarde pchnięcia, ruchał i pieścił, ściskając czubek. Jedynym dźwiękiem, który wypełniał pokój, było moje nieustanne jęczenie, jego pomruki i niski warkot, przeplatane odgłosem skóry uderzającej o skórę.
Nie mogłem już tego dłużej w sobie trzymać. To było za dużo.
— Ja… ja zaraz dojdę. Ahhhhhhh…
Wyrwało mi się. Z moich ust uciekł przeszywający krzyk. Strugi spermy trysnęły, plamiąc prześcieradło. To był najintensywniejszy i najdłuższy wytrysk w moim życiu. Quin nie przestał mnie pieścić. Zrobił to dopiero wtedy, gdy jego ruchy stały się nierówne i wiedziałem, że on też zaraz dojdzie.
— Ku…RWA
Szarpnął się i doszedł z niskim warknięciem. Kiedy skończył, natychmiast się ze mnie wysunął. Od razu poczułem pustkę. Gdy złapał oddech, zsunął się ze mnie, odsunął poplamione spermą prześcieradło. Podniósł całkiem koc spod nas i przykrył nasze nagie ciała. Przyciągnął mnie do siebie, trzymał tak, jakbyśmy robili to już milion razy.
Rozluźniłem się w jego dotyku. To musiał być najlepszy sen na świecie; rano się obudzę i dalej będę nienawidził prawdziwego Quina McKenzie. Pomyślałem, kiedy ciemność mnie pochłonęła.
Obudził mnie dźwięk budzika, irytująco głośny. Musiałem zapomnieć go wyłączyć. Na wakacjach nie potrzebowałem budzika. Pamiętałem sen, który miałem. Chryste, to było absolutnie najlepsze rżnięcie w moim życiu.
Spróbowałem otworzyć oczy, ale nagła jasność sprawiła, że od razu je zamknąłem. Głowa pulsowała bólem. Ale to nie był jedyny ból, jaki czułem. Budzik zadzwonił znowu. Jęknąłem i spróbowałem się poruszyć.
— Kurwa — wymamrotałem.
Dupa bolała mnie żywym ogniem. Okej. Co jest, do cholery…
— Auć!
Coś, a raczej ktoś, zepchnął mnie z łóżka i wylądowałem na już obolałym tyłku. Oczy otworzyły mi się natychmiast. Ktoś jeszcze był w moim łóżku i nadal spał, jakby mnie przed chwilą z niego nie wyrzucił.
Doczołgałem się tam, gdzie leżał telefon. Wyłączyłem alarm i wciągnąłem na siebie ubrania. Podszedłem na drugą stronę łóżka i uniosłem trochę prześcieradło, tylko po to, by spojrzeć prosto w mój najgorszy koszmar. Quin był w moim łóżku. Wszystko w tym było nie tak, bardzo, bardzo nie tak. Rozejrzałem się i to nawet nie był mój pokój.
Coś na stoliku przykuło moją uwagę. Kartka. Podszedłem bliżej do szafki nocnej, żeby przeczytać, co na niej jest, upewnić się, że mi się nie przewiduje.
— Chyba sobie żartujesz — mruknąłem.
Szok, złość i strach naraz. Wszystkie próbowały się ze mnie wydrzeć.
Akt małżeństwa z naszymi dwoma nazwiskami. Spojrzałem na swoje palce.
— O Boże! — mój głos zabrzmiał głośniej.
Złota obrączka wyglądała na cholernie drogą. Nie zastanawiając się, zdjąłem ją i wsunąłem do kieszeni. Poruszałem się cicho. Dzięki Bogu nie rozpakowałem walizki. Złożyłem kartkę, wsunąłem ją do kieszeni i wymknąłem się z hotelowego pokoju, kierując do swojego.
Maska — kompletnie o niej zapomniałem. Musiała spaść w którymś momencie w nocy. Nie żebym jej potrzebował. Poszedłem do swojego pokoju.
Po zabraniu rzeczy wymeldowałem się z hotelu. Zamiast tego poszukałem motelu i wybrałem numer Cassie. Odebrała natychmiast. Kolejny powód, dla którego jest moim kontaktem alarmowym.
— Hej, kochanie, co tam? — Jej głos od razu dał mi poczucie spokoju, ale zniknęło równie szybko, jak się pojawiło.
Podjechał zamówiony przeze mnie samochód i wsiadłem, rozmawiając z nią.
— Spieprzyłem sprawę — powiedziałem.
— Zawsze spieprzasz, skarbie. Powiedz mi coś nowego.
— Mówię śmiertelnie poważnie, Cass.
— Dobra. Co się stało? Zabiłeś kogoś? — zabrzmiała na odrobinę zaniepokojoną.
— Nie, ale żałuję, że nie. Ożeniłem się.
– Że co, słucham? – w jej głosie zabrzmiało zaskoczenie.
– Powiedziałem, że, kurwa, się ożeniłem i właśnie uciekłem od swojego męża. – powtórzyłem wyraźniej, żeby zrozumiała sytuację.
Z Cassie dorastaliśmy razem. Nasi rodzice byli przyjaciółmi i mieli nadzieję, że ich dzieci dorosną i wezmą ślub, zanim wszystko pójdzie w diabły. Na szczęście oboje skończyliśmy, chcąc poślubić osoby tej samej płci. Nauczyliśmy się kochać i szanować nawzajem, ogólnie akceptując swoje różne gusta. Kiedy mama wracała do domu z kolejnym facetem, który chciał zobaczyć jej syna, chowałem się u Cassie.
– O mój Boże. Mówisz serio. Kto to? – brzmiała na podekscytowaną z powodów, których nie potrafiłem pojąć.
– Quin pieprzony Mackenzie.
Sama myśl o tym, że miałbym być teraz gdzieś blisko niego, doprowadzała mnie do szału. Wszystko doprowadzało mnie do szału.
– O MÓJ BOŻE. Ożeniłeś się z TYM QUINEM? Mówiłam ci, że mu się podobasz, tylko jest tak głęboko w szafie, że nie ma odwagi z niej wyjść – powiedziała.
Do motelu dotarłem w mgnieniu oka. Telefon wciąż miałem przy uchu, a Cassie trajkotała bez końca o tym, że czuje, iż Quin siedzi w szafie.
Zarezerwowałem pokój i wszedłem do środka.
– Cass, nie dlatego dzwoniłem. Potrzebuję rozwiązania – przerwałem jej w końcu.
– Och tak, tak. Skoro nie wie, że to ty, i nie wie, kim jest facet, którego poślubił, to niech tak zostanie – stwierdziła.
– Mówisz, że mam udawać? – zapytałem.
– Tak, głupku. Dobra, muszę lecieć, pogadamy później.
Rozłączyła się, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
Usiadłem na łóżku w motelu i otworzyłem laptopa. Miałem nową wiadomość.
– Proszę, niech to będzie to, o czym myślę – błagałem w duchu maila.
Kliknąłem i pierwsze, co zobaczyłem, sprawiło, że aż podskoczyłem z ekscytacji.
„Gratulacje”.
Czyli dostałem pracę. Przeczytałem wiadomość do końca i okazało się, że to nawet nie było stanowisko, na które aplikowałem. Zgłosiłem się na posadę copywritera, a dostałem pracę osobistego asystenta prezesa. To jest chore.
Moja radość nie trwała długo – na telefonie pojawiła się wiadomość. Wpatrywałem się w ekran.
~mama~ do długu, który masz spłacić, doliczono trzy miliony dolarów. Nie bądź zawadą i zrób się wreszcie użyteczny dla swojej matki.
Nie wiedziałem, czy mam płakać, czy nie. Matka, która czerpie przyjemność z traktowania własnego syna jak śmiecia. Przełknąłem ślinę; gardło miałem suche. Ona zawsze potrafi mnie dopaść. Odepchnąłem myśl o matce tam, skąd wypełzła. Moje życie i tak było już kompletnie zjebane.
Zarezerwowałem lot na wczesny ranek do Nowego Jorku. Rozmowę miałem o dwunastej w poniedziałek i musiałem dotrzeć wcześniej. To przerywało mój miniurlop, ale nie miałem nic przeciwko.
Tęskniłem za nowojorskim powietrzem; był już poniedziałek. Odświeżyłem się i ruszyłem do Macell Holdings.
Z mojego ciasnego mieszkania jechało się tam godzinę, ale miałem wrażenie, jakby to było dziesięć.
– Dzień dobry. Jestem na rozmowę kwalifikacyjną – powiedziałem do blondynki w recepcji.
– Dobrze. Proszę to wziąć. – podała mi identyfikator. – Jedenaste piętro. Na miejscu spotka się pan z sekretarką.
– Dziękuję – mruknąłem na tyle głośno, żeby usłyszała.
Kiedy dotarłem na jedenaste piętro, drzwi windy zadźwięczały i się otworzyły. Za dużym biurkiem siedziała ładna brunetka. Na blacie dostrzegłem tabliczkę z imieniem: Clair.
– Cześć – powiedziałem, trochę zdenerwowany, bo byłem już naprawdę na rozmowie.
– Dzień dobry. Tyler Davis?
– Tak, to ja – odpowiedziałem szybciej, niż chciałem.
– Proszę chwilkę. – podniosła słuchawkę telefonu stacjonarnego. – Proszę pana, nowy kandydat już dotarł. – Zamilkła na moment, pewnie słuchała szefa. – Dobrze, proszę pana.
Odwróciła się do mnie.
– Może pan wejść.
– Dobrze, dziękuję.
Ostrożnie otworzyłem ogromne drzwi i wszedłem do środka.
Cholera!
Gabinet był naprawdę, naprawdę wielki. I pełno w nim było trofeów.
Wtedy usłyszałem, jak ktoś chrząka.
– Widzę, że bardziej interesuje pana sztuka w moim gabinecie niż praca.
Moja uwaga natychmiast powędrowała w tamtą stronę.
– Ja… – nie dokończyłem.
Rozpoznałem go i mruknąłem do siebie:
– O, kurwa…
